Bajki
Bajki z Warmii i Mazur
Joanna Nowicka Kętrzyn 2010
Bajka o tym, jak diabeł poszedł z babą prosiaki kraść
Żyła sobie baba sprytna choć leniwa
co nie chciała pracować, za to była chciwa.
Lubiła sobie podjeść i mięso i sadło
lecz wolała by wszystko samo z nieba spadło
Przyszedł do niej diabeł chcąc mieć przyjaciółkę
proponował babie, że założą spółkę.
Będą nieuczciwi, ukradną, sprzedadzą,
szybko się wzbogacą, radę sobie dadzą.
Spryciarka ochoczo z diabłem się zbratała
byleby ta korzyść garść pieniędzy dała.
Na dobry początek diabeł plan miał taki,
żeby wykraść sąsiadowi z chlewika prosiaki.
Zakradli się po zmroku do chatki pod lasem,
psa diabeł omamił, by nie szczekał czasem,
jednak drzwi do chlewa chroni wielka kłódka
więc diabeł przez okno wsunął się do środka.
Ze dwadzieścia prosiaków smacznie sobie spało
więc w ciemności do worka pakował co się dało,
podawał babie przez okno, a ona odbierała
lecz nagle myśl w diabelsiej głowie zaświtała:
-Ale ze mnie głupiec, nie oznakowałem,
które świnki moje, wszystkie pomieszałem.
Żeby podział był słuszny, równy na nas dwoje,
ja muszę mieć swoje no i ona swoje:
-A czyś ty babo znaczyła te prosiaki swoje,
żeby było wiadomo co twoje, co moje?
-Nie martw sie przyjacielu, ja nie zapomniałam
i wszystkim swoim prosiątkom ogonki zakręcałam. 1
Obłupili gospodarza z tłuściutkich świneczek,
przy okazji podebrali z kurnika jajeczek.
Obładowani workami ciężkimi jak diabli
wrócili do chaty z tym co w chlewie skradli.
Diabeł się niecierpliwi: -Doczekać nie mogę
wysypuj babo z worków prosiaki na podłogę!
Przyszło dzielić się łupem jak była umowa -
baby zakręcone, a reszta dabłowa.
Diabeł dzieli zdobycz i oczom nie wierzy,
wszystkie babie, a jemu jeden się należy?...
wszystkie mają ogonki kręte jak sprężynka,
a jemu przypadła jedna z prostym świnka.
jakaś blada i chuda, ma parchy i krosty
i tylko ona jedna ma ogonek prosty.
Wściekł się diabeł okrutnie i gromami ciska,
wrzeszczy, piekli się , dymi, iskry sypie z pyska!
Nagle chwycił stołek, cisnął nim o ścianę:
-Dlaczego wszystkie ogonki są pozakręcane?
Gadaj babo złodziejko, gdzie moje prosiaki
przecież sam pakowałem dla siebie warchlaki!
Baba niby myśli, diabeł patrzy srodze:
-A możeś ty swe prosiaki pogubił po drodze?
Tak biegałeś z tym workiem, skakałeś przez krzaki,
to pewnie wyleciały ci twoje prosiaki...
Chciwa, sprytna kobieta biesa oszukała
więc uczciwa kradzież im się nie udała.
Baba niby nic nie wie, niby zatroskana,
a już wozem na targ jedzie świnie sprzedać z rana.
Uciekł diabeł ze wstydu, tak sobie dogodził,
że chyba więcej nie będzie z babą w spółkę wchodził.
A tak między nami, wie już dziecko małe,
że świnki ogonki mają zakręcane.
autor: Joanna Nowicka
Bajka o starej babie co się żenić chciała
W mazurskiej chatce bajka zamieszkała
o starej babie, co się żenić chciała,
posłuchaj tej bajki, co ma mądrość sobie,
bo przecież nie wiesz co zdarzy sie tobie...
Żyła we wsi baba stara i szczerbata
co męża zechciała mieć na stare lata,
uparła się mocno z tym swoim pomysłem
i wnet stała się całej wioski pośmiewiskiem.
-Oj ty babo stara -śmieją się urwisy.
-Masz jeden ząb w gębie i łeb całkiem łysy!
-Żaden chłop cię nie zechce. Co twój los odmieni?
-No chyba, że ...sam diabeł się z tobą ożeni!
A baba podumała, zaśmiała się zdrowo:
-Jak tak - mówi.- To będę i pania diabłową!
Poszła w świat babina szukać szczęścia sobie
pragnąc spotkać diabła we własnej osobie.
Była w życiu dobrą, choć upartą babą,
wszystko wyszło jej dobrze, lecz zamęście słabo.
Więc myślała idąc drogą, że nim na wieki zaśnie
to jej mężem zostać musi choćby diabeł właśnie...
...A wóz jechał akurat, gałęzie wiózł z lasu,
i za wozem szedł diabeł od jakiegoś czasu,
do furmana się zwraca:- Niosę ci niedolę
bo dziś jeszcze twego synka duszyczkę zabiorę.
Zapłakał woźnica, ciągnie wóz do domu
i Bogu się w myślach żali po kryjomu.
Wtem staruszkę zobaczył na rozstaju dróg,
nieświadomy, że czuwa nad nim dobry Bóg.
Baba pyta ciekawie: - Ej! Ty tam, woźnico!
Czyś nie spotkał diabła w swojej okolicy?
-Owszem- rzecze chłopina. -Za mym wozem kroczy
i duszę mego synka zabrać chce tej nocy.
-Oj wydam się ja za diabła! Dzisiaj będę żoną,
a syn twój cały i zdrowy zostanie ci w domu!
I wzrok rozmarzony babcia wciąż wytęża
za furmanką dostrzegając postać pana męża.
Diadeł oczy wytrzeszczył i zdziwiony słucha:
-Jak to, żoną moją ma być ta starucha?
Stara, łysa i brzydka ma być moja żona
tak samo przyjemna jak woda święcona!?
A ona łypie zalotnie, szczerzy ząb jedyny
i już sobie wyobraża z diabłem zaślubiny,
i jak dłubie jego rogiem w swym jedynym zębie
i ogonem diablim głaska po swej chudej gębie,
Że na tańce razem chodzą, albo do gospody,
że ją kocha i podziwia resztki jej urody...
Przestraszył się diabeł, za furmankę hyc,
a baba hyc za nim jakby nigdy nic.
Uciekał czort rogaty po polnym zagonie,
a baba już siedzi na jego ogonie.
A, że baba nosiła tobołek na garbie,
w nim dobytek: wałek, łyżkę i dzurawy garnek
więc go wałkiem wprawnie po grzbiecie zdzieliła
i kops go w kopyto, i cap za czuprynę chwyciła,
-A tuś mi kochanku, a czy to tak ładnie
uciekać przed ślubem chętnej młodej pannie?
Diabeł przerażony, poczuł, że mu słabo
na myśl o żeniaczce z taką straszną babą.
Aż ogon mu zdretwiał, swędział prawy róg,
widać ani chybi, babę zesłał Bóg!!!
Pognał przez manowce, parowy i bagna,
a ona w ślad za nim jak ta rącza sarna.
Czmychał po polanach, lasami, łąkami,
a baba się śmieje za jego plecami.
Tak sie starej babie do żeniaczki chciało,
że się diabłu przed babą uciec nie udało,
złapała go za ucho i już by go miała,
ale się czortowi sztuczka przypomniała,
dym i iskry wzniecił, spłonął przy tym prawie,
ale wyrwał sie jakoś niemłodej już babie.
Potem szybko przeleciał lotem błyskawicy
i skrył się pod gałęziami w furmance woźnicy.
Obiecał furmanowi jak go stąd wywiezie,
on w zamian duszy dziecka nie zabierze,
a umowa milczenia ma trwać aż do żniwa,
by nikt babie nie zdradził gdzie diabeł przebywa.
Baba jak w ukropie latała, pytała,
choć po diable ślad zginął, to się nie poddała.
Wkrótce doszła do baby wieść o pewnym królu,
co zaprzedał się diabłu i umiera w bólu.
Lecz nim skona, rozkazał by rozgłosić wszędzie,
że dla głodnych i włóczęgów bal na zamku będzie.
Zbijali więc cieśle drewnianą podłogę
dla stu par w korowód zwartych na ostatnią drogę.
Wpadła baba na dwór króla, przed łożem się chyli:
-Królu - pyta. - Czyście mego diabła nie widzieli?
-Taki on twój jak i mój - mówi król stroskany.
-Bóg jeden wie, jaki los będzie dziś nam dany.
Duszem swą zaprzedał i żałuję tego,
bom w życiu nie zrobił za wiele dobrego.
Gdyby dziś ostatnią szansę dał mi dobry Bóg,
to może naprawić co się da bym mógł.
Wolałbym od diabła trzymać się z daleka...
A ja odwrotnie - mówi baba.- Wciąż na niego czekam,
on jest mój narzeczony, tak postanowione,
choćby piekło wybuchło - weźmie mnie za żonę!
Ja już się nim zajmę, dam mu tak zajęcia,
że nie będzie miał czasu na złe przedsięwzięcia.
Więc prosiła baba służbę i cieśli i straże,
że gdy diabeł się zjawi, niech jej ktoś go wskaże.
Tymczasem diabeł do zamku zbliżał się powoli,
po królewską duszę, z cyrografem w dłoni.
Król bowiem nieroztropnie dał się diabłu skusić
i krwią podpisał umowę: bogactwo za duszę,
Dlatego, gdy o dobry uczynek Bóg na sądzie spyta
biednych i starych chciał ugościć, by zjedli do syta.
A diabeł bramę minął, wszedł na sam dziedziniec,
widzi podest do tańców, orkiestrę, krzątaninę,
Kucharze znoszą jadło na stoły drewniane,
i na przyjście gości dekorują zamek,
więc cieśli podpytuje zdziwione diablisko:
-A cóż to za święto, dla kogo to wszystko?
Zrozumieli cieśle na co diabeł czeka,
na duszę ich króla, chorego człowieka,
A, że diabła nie lubi żaden człek na ziemi,
skłamali:- Toż to stara baba dziś się z diabłem żeni.
Stąd zabawa i tańce, jadło i napoje,
patrz, tam przy studni narzeczona twoja!
A baba gdy swojego wybranka ujrzała
popędziła jak z łuku wypuszczona strzała.
I krzyczy z daleka:-Choć! Choć mój kochanku!!!
Lecz po diable już śladu nie było na zamku,
tak uciekał prędko, że aż się przewrócił,
zgubił buty, cyrograf i wiecej nie wrócil.
Król nie umarł, wyzdrowiał i duszę zachował
więc i babę za pomoc hojnie obdarował,
został dobrym człowiekiem, Boga błogosławił
i na zamku zawsze gościł biednych miską strawy.
Morał z bajki:
że stara baba, łysa i szczerbata
może być lekarstwem na zło tego świata!
...a ...żył w zamku dziad stary, miał wzrok i lata nie te,
ale patrzył sercem i w babie zobaczył...kobietę.
Dlatego wkrótce babę poślubił stary dziad
i żyli szczęśliwie jeszcze wiele lat.
autor: Joanna Nowicka
Jak diabeł wąchał tabakę leśniczego
Działo się to w dawnych czasach,
w pięknych Mazurskich lasach
gdzie baśń z życiem sie przeplata
otóż pewnego lata...
sSzedł leśniczy borem ze strzelbą na ramieniu
spotkał diabła jak przy ścieżce siedział na kamieniu.
Poszedł bies za leśniczym, dotrzymał mu kroku,
pytał o zwierzynę, grzyby tego roku...
Na dwururkę łypie i pyta po czasie:
- Co tam niesiesz na ramieniu, na pasie?
To, co niosę jest anielską pomocą tajemną,
com ją dostał za modlitwę i miłość wzajemną.
To dla diabła niedostępna, bardzo mocna rzecz,
lepiej już nie pytaj o nic i uciekaj precz.
Diabeł dręczy i marudzi przez długie godziny,
myśli człowiek jak tu biesa by wpuścić w maliny.
-A cóżeś ty diable niekumaty taki,
nie widziałeś tabakiery do zażywania tabaki?
To jest moja ulubiona, jak matka, jak żona,
da w kichaniu przyjemności, a w umyśle jasności.
Więcej diable się nie pytaj, tych rzeczy się nie chwytaj.
Tabaka, nie na diablisko, zażyjesz - ryzykujesz wszystko:
zdrowie, zmysły, nawet życie, tabaka to anielskie odkrycie,
może diabła nawet ...odwieść od czeluści.
-Muszę spróbować - bies na to – A juści!
Jestem z biesów najsilniejszy, a nie słaby jaki!
Leśnik odrzekł:- w drodze wyjątku dam ci tej tabaki,
ale nie mą winą będzie krzywda twoja,
jeśli łeb ci urwie, zgłupiejesz lub skonasz...
Albo nochal ci rozedmie jako wielką banię,
nie wiem czy wytrzymasz to... kichanie?
-Aj! Ty się nade mną człowieku nie lituj
tylko mi tabaki z tabakiery wsypuj!
Nuże! Żwawo! Szybko, bom taki ciekawy,
bo ten specjał anielski zdaje mi się słaby,
Oj, pośmieje się piekło z niebieskich bożątek!
Załaduj mi tej tabaki sporo na początek.
Śmieje sie pod wąsem żartowniś- leśniczy,
a diabeł podskakuje, mięśnie ćwiczy.
Nie żal, że diabła nabiera,
za pokusy, że dusze zabiera...
- Dam ci ja tabaki, skoroś chętny taki.
I dla niepoznaki dodałał prochu do tabaki,
nasypał ile wlezie specjału do dwururki,
i kazał diabłowi przygotować dziurki.
Zasadził mu w nochal koniec dubeltówki
i wypalił życzliwie w obie wielkie dziurki
Z obu luf oddał tak potężny strzał,
że diabeł się zachwiał jakby w łeb mu dał
błysk i huk ze strzelby poszedł
aż się znalazł w diabła nosie.
Szydzi bies:- Anielska tabaka słaba, byle jaka,
mizerna, nie do opisania...A nos puchnie mu jak bania.
Diabeł bredzi, coś bełkocze, bo już w nosie go łaskocze...
Jak nie kichnie! O la Boga! Aż mu dym poszedł po nogach
Kichnął znowu tak siarczyście, że z trzech dębów spadły liście,
aż się się wyrwał koło łąki dół na dwa metry głęboki,
Leśniczy biesa napomina i ze śmiechu w pół się zgina.
-Zatkaj se kichol zawczasu i mi waść nie pustosz lasu!
Diablę nos ręką zakryło aż mu rękę podpaliło.
Kichał ogniem, siarką, smołą, aż wypalił ściółkę wkoło,
Zliczyć kichnięś sie nie dało, hektar krzaków wyorało.
Kichawicy nie zatrzymał, na ostatek zsianiał.
Z wszystkich dziur mu się kopciło, potem biesa z nóg zwaliło
jakby tego było mało, w końcu diabła rozerwało.
Myśli leśnik:- Nie, nie wierzę. Z radości zmówił pacierze
i poszedł w las skrótem przez wyrwane krzaki chwaląc boską moc tabaki.
A diabły od tamtego czasu stronią do strażników lasu
bowiem budzi w nich lęk szczery świadomość "tabakiery".
autor: Joanna Nowicka
Bajka o smoku, co truł środowisko i piekną Ziemię Kętrzyńską
i o pierwszakach, które dały mu łupniaka.
Dawno temu, a może i nie dawno, daleko stąd, a może i blisko,
działo się to, a może i nie działo,w grodzie gdzie bazylika, ratusz i zamczysko.
Nagle niebo pociemniało, skądyś smoczysko nadleciało,
w głos ryczało, ogniem ziało, jamę w ziemi wykopało
i pod zamkiem zamieszkało, choć w Ketrzynie go nie chciano.
Tak żarłoczne było zwierzę: kury, koty, ptaki, jeże...co złapało, to wszamało!
Nocą pod wsie się skradało i inwentarz wyjadało:
owce, krowy i indyki, konie, kozy, drób i dziki.
Raz, to nawet jednym chapsem zjadło budę razem ze psem...
Lud Kętrzyna był zlękniony i wielce tym przerażony,
że gdy zabraknie zwierzyny, smok pożre piękne dziewczyny!
Okropne smoczysko truło środowisko, co wieczór w jeziorze o tej samej porze
właziło do wody, niby dla ochłody, tył swój zanurzało i ...zanieczyszczało.
Przez smocze trujące gazy, wypuszczone kilka razy
struły się krowy w oborze i padły lisy w norze, i to w odległym lesie -tak po okolicy niesie.
Oczyszczalnia ścieków już nie nadążała i Ziemia Kętrzyńska była struta cała.
Cóż było robić w takiej sytuacji? Lud Kętrzyna szykował sie do emigracji.
Burmistrz zwołał Radę Miasta, choć była w nocy dwunasta
i biedzili się do rana jak ta sytuacja ma być rozwiązana.
Powstał więc sztab kryzysowy do walki ze smokiem gotowy.
Nie pomogło niestety do smoka strzelanie, palenie ogniem, wodą polewanie,
nic nie dało proszenie ani też straszenie. Wszystko, co działo się -smok miał w nosie.
Pozostał w Ketrzynie i dokuczał gminie,wrecz zażądał dziewicy z bliskiej okolicy.
Ział ogniem, przerażał, powodował strach, spalił browar, cukrownię i drożdżowni dach.
Ogłoszono więc ludowi takie oto orędzie:
"Kto zabije smoka nagrodzonym bedzie!
Dostanie mianowicie w nagrodę za męstwo
rękę księżniczki i całe królestwo..."
(to żart oczywiście, bo wiadomo, że naprawdę dostanie dyplom, kwiaty i uznanie)
I, o dziwo, nie było chętnego do tego czynu wielce szlachetnego...
Aż tu nagle po klasowej naradzie Izet z podstawówki stawiła sie w pełnym składzie.
Burmistrza zawiadomili i lud miasta, że zabiją smoka i basta.
Ktoś się w czoło puknął, ktoś się zaśmiał smutno,
jakoś wierzyć się nie chciało, żeby dzieciom się udało.
Tylko dyrektorka szkoły-pani Stasia
krzykneła:- Pierwszakom z podstawówki na pewno uda się!
A pierwszaki, rozrabiaki, sposób na smoka miały taki:
w pierwsze boje pójdą dziewoje, dokuczą bestii, osłabią, zduszą
później rycerze z mieczami ruszą, z bombardą, łukiem, dybami i kuszą.
I w walce na miecze oraz kruche ciasto zabiją smoka i uwolnią miasto.
Aby tradycję poznać z której męstwo wyrasta, wyszkoli ich na zamku Rycerskie Bractwo Rasta.
Rodzice, rzecz jasna, w pogotowiu przyjdą z pomocą ich życiu i zdrowiu.
Wiedzieli,że się uda i każdy w to wierzył, że zabiją smoka tak jak święty Jerzy.
I z beztroską, jaka tylko dzieciom jest znana poszli zwalczyć wrednego tyrana.
Wybrali na teren bojowy dość rozległy parking czyli Plac Zamkowy.
A szef Philipsa - pan Rysiek - któremu los dzieci nie jest obojetny,
wpadł na pomysł innowacyjny, zgoła nieprzeciętny
i wybrał 25 opraw wandaloodpornych, na ogień smoka niezwykle odpornych,
pogadał z kim trzeba i dzieciom przychylił nieba, bo w Philipsie niech każdy mi wierzy
powstało (w skomplikowanym procesie produkcyjnym) 25 profesjonalnych rycerskich pancerzy.
Oto trzynaście księżniczek staneło w szeregu,każda z gniewnym czołem i serca mężnego.
Wojownicze księżniczki puszczały z proc kamyczki, cięły warkoczami jak mieczami,
strzelały z kuszy, bombardy i łuku i narobiły straszliwego huku.
Wzięły się pod boczki, zrobiły po trzy kroczki i smokowi wykrzyczały, co o nim myślały:
-Ty brudasie ohydny, obrzydliwy cały!
-A wynosić mi się stąd precz, do mysiej dziury!
-Ty potworo, ty wstrętna, co trujesz Mazury!!!
Potem wedle ugody zczęły się podchody
Smok bowiem stał przy zamku na stoczku, a Beatka podkradła się blisko, krok po kroczku.
Beatka jest jak delikatny kwiatuszek, a tak przydepnęła smokowi paluszek,
że jęknął, zawył, wybałuszył oczka i spadł ze stoczka.
Józia i Zuzia - siostrzyczki bliźniaczki, podobne do siebie jak dwa ziarnka maczku
tak go pogryzły i poszczypały, że był w siniakach cały.
Smok wciąż dziawczynkom przyglądał się czujnie bo nie rozumiał dlaczego widzi podwójnie.
Ela jak przystało na małą kobietkę zabrała ze sobą damską torebkę,
Trochę dziwią się wszyscy widząc Wiolkę, która przytaszczyła wielką parasolkę,
a maleńka Zosieńka, co nosi kiteczki przyniosła dla odmiany połórnik ze szkolnej teczki.
Te trzy dzewczynki podbiegły szybciutkim truchcikiem i nawtykały smokowi:
jedna torebką, druga parasolką, a trzecia piórnikiem.Smok sie na to zdenerwował i przygazował...
Ale im nie straszne takie smocze gazy, więc obiły smoka jeszcze cztery razy.
Później z pobliskiej gęstwiny posypsły się na smoka podgniłe jarzyny.
To Iza, Mania oraz Magda celowały prosto w gada.
Iza równo, prosto w szyję krzycząc gniewnie:-Ja ci pożyję zmoro, ja ci pożyję!
Mania rzucała na zmianę rzepą z kalarepą, w końcu już czym popadło, byle z wielką krzepą.
A Magda rzeżuchą, kapuchą, słonecznikiem, a na sam koniec to nawet rzuciła koszykiem.
Zdisia, Wisia i Julka skupiły się na jego w nosie dziurkach
i prosto w smoczy nos wystrzeliły z kuszy całe stado os.
Zdzisia ładowała, Wisia odpalała aminicji stosy, a Julka nosiła te nieszczęsne osy.
i choć nie widać, że to rozrabiaki, podstawiły smokowi cztery haki.
Smok się przewrócił, ale szybko do sił wrócił,
zaczaił się na Julkę i chapnął ją za koszulkę, uniósł w górę jak piórko u machał Julką
i pożarłby niechybnie nasza Julię miłą, ale wnet rycerstwo na odsiecz ruszyło.
Dwunastu rycerzy pięknych jak książęta, każdy dzielny, odważny, pierś do przodu wypięta.
Z okrzykiem - Hura!!! Ruszyli do boju oswobodzić Julię i miejscowość swoją.
Jeden tylko Zyzio ma komórkę w klasie, która służy do z rodziną kontaktowania się.
Tak więc, by ratować Julkę wrzucił smokowi w paszczę tę swoją komórkę.
Smokowi chwilowo zabrakło oddechu, puścił Julkę i coś zagrało mu w bebechu
i wygrywało różne melodyjki aż do wyczerpania bateryjki.
W bitwie użyto wszystkich sił zapasy, daję słowo, szermierka pierwszej klasy.
Edek z dzidą podbiegł chudą i dźgnął smoka w udo i to bez urazy ze trzy razy.
Jasu, Wicek oraz Wrona obcięli mu kawał ogona i tak nabrali do walki ochoty,
że podłożyli mu pod ogon bombę własnej roboty, w której był pieprz, sól i trochę "wegety",
co po wybuchu, na tyłach wroga, zapiekło niestety.
Władzio i Tadzio próbowali obciąć głowę, ale wykonali tylko roboty połowę,
bo w prezencie dla wstręciucha napchali mu szyszek do ucha.
Natomiast odważni dwaj dzielni Emile wrzucali do paszczy kamienie i badyle.
Antoś puszką ze starej konserwy wybił smokowi trzy zęby,
a Kazio i Bolek , mówię wam, dziabali smoka to tu, to tam
i kruchym ciastem po kawałku zakleili mu łeb, oczy i kawałek karku.
W końcu Władzio, Jaś i Lolek, taekwondziści trzej, przyszli w białych dobokach, odważni, że hej!
I po krótkiej rozgrzewce w ramach gimnastyki dało się słyszeć koreańskie okrzyki:
-Are maki! -Oldul maki! -Ap ciagi mon don! Czyli fachowo rzecz biorąc- taekwondo.
Ciosy, bloki, kopniaki, obroty, wyskoki...smok się zdziwił tak bardzo, że aż doznał szoku.
Długa to była walka, wyczerpała dzieci, a smok miał się nieźle i nie chciał odlecieć,
za to beknął, zionął ogniem, spalił zajad i przychodnię.
Wiec skrzyknęli gromadę i kolejna rozpoczęli naradę:
że skoro na smoka nie działa rycerskie rzemiosło, odwaga i chwała,
to trzeba go starym zwyczajem z bajki otruć baranem pełnym siarki.
I zaczęło się klecenie barana od rana. Każdy znosił, co miał w domu, rzeczy niepotrzebne nikomu:
rupiecie, śmiecie, stare jedzenie i odzienie, popsute zabawki, materiałów skrawki,
ktoś przyniósł skórę z podłogi, z sypialni rodziców wielce się trudząc przy jej zdobyciu
i choć stara była i trochę wyłysiała, to jej sieść na barana od biedy się nadała.
Na nogi kawał patyka przyniósł Lolek - syn leśnika.
A żeby barana stworzyć, wypałnić po brzegi, dzieciaki wyczyniały pzreróżne zabiegi.
Łeb miał nowy-"hallowinowy", a resztę tanią – baranią,
a potem co się działo, tego opisać sie nie dało,
bo to, co baran miał w sobie, nie przystoi żadnej osobie:
dwa modele samolotów, trzy paczki chrupek dla kotów,
wielka kupa śrubek, diody, tranzystory, od taty Ziutka, który naprawia telewizory,
jakieś dziwne słoiki, a w nich śmieciochy, paprochy i guziki,
ping-pongowa piłeczka, zużyta chusteczka, czepek kąpielowy i sernik domowy,
pół opony, flanelowe dziadka kalesony, czapka z daszkiem, kilo łupin po fistaszkach,
szalik, karton, dwie łyzeczki, płyn do naczyń i dżem z porzeczki,
wypisane długopisy, stare kulinarne przepisy, przepocone adidasy, jakiś brudny ręcznik w pasy,
pięć zużytych pampersów po bracie, dwa po siostrze i laczki po tacie,
drewienko, pudełko po serku i słomka, jakas tajemnicza część od rowerowego dzwonka,
sznurówka, drucik, sól i cztery klucze i talerz ze szkła, który ponoć się nie tłucze,
coś tam jeszcze takiego dziwnego, że nie podobne do niczego,
packa na muchy, jakies stare kluchy, z mleka kożuchy, nieświeże racuchy,
na koniec wielka puchowa poducha i bardzo zasłużona kierownica od "malucha",
dziesięć kilo baterii zyżytych, pięć płyt DVD i stare szkolne zeszyty.
Gdy juz wsadzili do barana to wszystko, zrobił sie gruby jak słonisko,
ale go trochę utrzęśli i uklepali i siarki do barana ostrożnie dodali.
A to rzecz bardzo niebezpieczna była, by się dzieciarnia tak siarką bawiła,
więc rodzice troskliwi sie martwiąc, ustawili w pobliżu rodzicielską wartę.
Tadzio, Magda i Zuza załatwili z tatusiami po cichu,
że kordon Straży Granicznej stał w bojowym szyku.
Lolek- tatę leśniczego zaangażował do tego, że Nadleśnictwo Srokowo pełniło wartę bojową.
Rodzice Czesia w laboratorium w dzień i w nocy podjęji gotowość niesienia pomocy.
Tata Zyzia czekał w karetce pogotowia dla zdrowia.
A Władzia rodzice- lekarze liczyli po cichu, że nic sie nie zdrzy.
Rodzice Beatki i Antosia w razie utraty ząbków, czekali z gotowym wiartełkiem i plombką.
Rodzice majacy w Philipsie zatrudnienie zorganizowali dzieciom dobre oświetlenie,
I wszyscy pozostali są troskliwi tacy, że na ten czas wzięli urlop z pracy.
"Majonezy" i piekarnie dały ściepkę na dzieciarnię, wiec dostarczono w kartoniku
mnóstwo kętrzynskich pierników i bez liku pysznych bułeczek i rogalików.
Dzieci jadły i pracowały pilnie jak mrówki albo pszczółki małe.
Pani Frania- wychowowczyni blisko dzieci stała, odbierała telefony, informacji udzielała,
pomagała dzieciom podjąć słuszne kroki, dodawała otuchy do walki ze smokiem.
Dzielnie też znosiła wychowania brzemię, wszelkie jęki, bolączki i ciągłe marudzenie,
a studząc skutecznie emocje i cudze i swoje, głaskała dzieci po głowach i roznosiła napoje.
Gdy onego barana już w całości mieli to go troszeczkę upiększyć zechcieli,
więc dziewczęta zgodnie z modą zajęły się jego urodą.
Iza wyprała mu futo stargane żeby był pięknym baranem.
Wisia na lokówce kreciła mu loki, Wiola upinała fioki, bliźniaczki pryskały lakierem baczki,
aby był bardziej błogi, Magda skreciła mu rogi,
Mania i Beatka wykonały pedicury, Zuzia robiła masaz skóry,
Asia i Jula- eleganckie panie-dbały o usta, makijaż i perfumowanie.
Gdy baran był gotowy okazał się słodki i tak cukierowy, że chłopcy dostali wręcz zawrotów głowy.
Zyzio marudził, że jest przedobrzone,
Tadzio twierdził, że nie do zjedzenia się nadaję lecz bardziej na żonę,
Jaś uznał, że jest jak lala Barbie,
Lolek jęczał, że za bardzo wycackany...wnet został pobrudzony i trochę polany.
Chłopcy się do tego bardzo przyczynili i barana tak zwyczajnie po baraniemu zbaranili.
Znów dzieciaki zbiegły się w gromadę i kolejną przeprowadziły naradę.
Dziewczyny odwróciły potwora uwagę, a chłopcy podsunęli mu "pyszny obiadek".
Tak wołali: -No jedz rybeńko! Cip! Cip! Basi! Basi! I...smok na barana się połasił!!!!
Żuł, mlaskał i połknął w pół godzinki barana co to nie był z czystęj baraninki.1
Nie trudno się domyślić, co dalej się stało, piekło go w żołądku i coś go rozpierało
i wciąż coś piszczało w brzuszysku pod skórką lecz raczej było to w związku z Adasia komórką.
Nagle smok poczuł przemożną chęć picia i musiał coś wyżłopać dla ratowania życia.
Jeziorko wypił całe- choć było niezdrowe i Gubra tę brudniejsza połowę.
Opił się, napęczniał, strasznie nadął cały, oczy na wierzch mu wyszły, zębiska zżółknialy,
ogon się podwinął jak skorupa ślimacza i od lewej do prawej smok się wił i taczał,
wył, mlaskał, kicał, wiercił się i skakał, potem na przemian to śmiał sie, to płakał.
Wtem przykucnął, gwizdnął, wykręcił pirueta i wystrzelił smok w niebo jak kosmicza rakieta.
I zakończył sie fajerwerkiem na niebie wysokim feerią stubarwnych rozet, złotych gwiazd obłokiem
A widok był ta cudny, taki kolorowy, jak pokaz sztucznych ogni na śwęto państwowe.
Całe towarzystwo, co na ziemi stało, z wrażenia na ten widok nagle oniemiało,
zwłaszcz, że po tym wszystkim, na dorosłychi dzieci, spadła z nieba jak deszczyk cała góra śmieci
tych, co je baran posiadal w swym wnętrzu-były w większej rozsypce i trochę wstrętniejsze,
mówiąc dosadnie- nie pachniały ładnie.
Radości było wiele i smiechu cała kupa, z uciechy skakała po mieście ludzi grupa
i tańczono co się da, a najczęściej "Misie dwa".
Rodzice tulili dzieci, tatusiowie klepali się po plecach,
mamusie łzy wzruszenia ocierały, a dzieciaki biegały, skakały i krzyczały:`
-Nie ma smoka w Kętrzynie! Nie ma, ale draka! Ale dalismy potworowi łupniaka!
A jeden obywatel widząc, co się czyni, pędem pobiegł do pani wychowawczyni,
złożył gratulacje, rzucił się na szyję i powiedział, że z radości chyba się upije...
Bo choć całą akcje opłacono stresem, niewatpliwie była wychowawczym sukcesem
i dzieci, i rodziców, i wychowawcy klasy. Cóż wiele mówić- I zet to asy!!!
W Kętrzynie do późnej nocy trwała wielka feta, tańczono, śpiewano, grano "do kotleta".
Burmistrz docenił klasę I zet i panią Franię i wręczył publicznie...dyplom, kwiaty i uznanie.
Były pochwały, wywiady, zdjecia, miłe słówka, pisała o tym prasa i transmitowała kablówka.
Po niedługim czasie też się okazało, że I zet bardzo bogata sie stała,
bo weszła w wyłączne psiadanie skóry smoczej, która była unkiatem kosztujacym krocie.
Bo prawo mysliwego mówi, że:
"skóra należy do tego i w całosci ją bierze ten, który upolował zwierzę".
Wiec I zet krzyknęła:- Hura! I ruszyła klasowa manufaktura.
Rodzice bez pracy mieli wnet jej furę, bo zajęli się przetwórstwem smoczej skóry.
Robili gadżety, różne amulety, bransolety, kastaniety, z antenką berety ...
mama Wisi, w obuwniczym, bo jej praca jest taka sprzedawała smocze buty w cenie cadillaca.
Tatusiowie kierowcy towar rozwozili i rodzinom z I zet lepiej sie powodziło.
A swoją podstawówkę, świetlicę i boisko wyposażyli w nowiuteńkie wszystko,
nauczycielom wypłacili wszystkie nadgodziny, bibliotekę wzbogacili o nowe woluminy,
a żeby w przyszłości mieć pomoc gotową ustanowili rezerwę smoczo-budżetową.
Bohaterskie dzieciaki-księżniczki i rycerze dostali po rycerskim orderze.
Chłopcy nosili ze smoczej sóry paski, a dziewczynki torebeczki i gustowne przepaski.
Pani Frania, żęby modzie kobiecej ulżyć odrobinkę, dostała ze smoczej skórki etui na szminkę'
a dyrektorka- pani Stasia, co wierzyła, że "dzieciaki górą" otrzymała piękny piórniczek na pióro.
Ziemia Kętrzyńska już czysta! Nie ominie jej żaden turysta!!!
Jest muzeum smoka, pomnik smoka, smocza jama, film, foldery, i albumowe wydania.
Obłędnie drogie ze smoka gadżety (autoryzowane wyłącznie przez I zet- niestety!)
Dla turystów, co są głodni otworzono knajpkę "W spalonej przychodni"
Kętrzyn wypiękniał, stał się atrakcją regionu, a dzięki komu?...
Była jeszcze jedna radość, wariacje i śmiechy- dieciaki pojechały do Disneylandu na uciechy
cała klasa, rodzice i pani Frania oczywiście...a właścwie jak to się zaczęło?-Pomyślcie...
Był smok, wielka zgroza, było niebezpiecznie i zaradzono temu tak bardzo skutecznie...
Bo I zet okazała się klasą wyjątkową, zgraną, przyjacielską, do wspólpracy gotową
dzieci sie starały, szanowały i wspierały, pomagały w potrzebie, były uczciwe względem siebie
i nie chodziło im wcale o pieniądze i sławę tylko o wolność – bardzo ważną sprawę.
To piękna historia – przyznacie to sami, dzieci są jej autorami i bohaterami
pomogłam im opowiedzieć te niezwykłe rzeczy, bo lubię z tej klasy wszystkie dzieci.
Więc życzę wam pierwszaki tylko szóstek w zeszycie
i żeby ciekawe było wasze codzienne szkolne życie,
dziewczynki były mądrymi księżniczkami, a chłopcy dzielnymi rycerzami
i zgrani bądźcie zawsze w złe i dobre czasy, bo dobrze jest móc liczyć na przyjaciół z klasy.
A gdy przyjdzie do was przwdziwa przrygoda pamiętajcie przyjaciołom zawsze rękę podać.
A gdyby w życiu złego smoka spotkać się zdarzyło, zniszczcie go bezwzględnie z całą wiarą i siłą!
Bądźcie odważni, szlachetni i zawsze uczciwi, kochajcie bliźnich i czyńcie dobro
-to będziecie szczęśliwi.
autor: Joanna Nowicka


